szlochaj przed lustrem, ze jesteś brzydka i gruba.
włącz sobie film, w którym chuda, wysportowana i piękna ukochana głównego bohatera specjalizuje się w sztukach walki i władaniu bronią palną (i każdą inną.)
oglądając jedz. jedz dużo.
dalej szlochaj przed lustrem, że wyglądasz jak połączenie mamuta z waleniem.
jestem hopeless.
Trzy Staniki Po Rozwodzie
środa, 19 marca 2014
środa, 12 marca 2014
Jak one śpiewajo
Krótka rozprawka o tym jak gusta muzyczne są różne i jak wygłaszanie ich publicznie potrafi doprowadzić do głębokiej apopleksji.
Pewnego - niedawnego - słonecznego popołudnia skończyłam zajęcia i wyszłam z uczelni nieco głodna, lekko skonsternowana treścią wykładu, który właśnie się zakończył ("Psychospołeczne aspekty zachowania seksualnego "), z ulgą pomyślałam o kawie, którą zaraz wypiję i perspektywie spokojnego raczej popołudnia. Najpierw jednak trzeba było wsiąść w tramwaj (godziny szczytu) i starać się nie krzywdzić każdego, kto mnie dotknie, nie zrzędzić pod nosem jak zramolały dziad i nie zabijać wzrokiem tych żywotniejszych sztuk ludzkich, które jakimś cudem dotrwały do tej pory dnia w doskonałym humorze. Jak sokół wypatrzyłam wolne miejsce siedzące, bezlitośnie usadziłam na nim zad i udawałam, że jestem głucha i ślepa na całe otoczenie. Udawałam. Gdyż tego samego dnia zapomniałam w mieszkaniu słuchawek i nie mogłam włączyć sobie po drodze muzyki relaksacyjnej, która zawsze pomagała przetrwać mi trudne chwile przymusowej komunikacji interpersonalnej.
Chciałabym w tym miejscu pozdrowić wszystkich introwertyków.
W każdym razie, grzecznie siedzę na swoim miejsu, na szczęście nie było w pobliżu żadnej starszyzny, szanownych marszałków ani wysokich sądów, moglam siedzieć w spokoju serca swego nie przejmując się ustępowaniem. Zaczynam powoli odczuwać błogość, spokój i zadowolenie.. Gdy nagle wchodzi do tramwaju grupka młodzieży gimnazjalnej, w tym dwie pary i dwóch forever alone'ów.
Wygląd typowy, one: biodrówki i kurteczki ujawniające "walory" ich urody wylewające się poza linię spodni, świeża farba na włosach, jedna blond, druga czarna, obie "opalone" i podobne do siebie na tyle, że z daleka sprawiały wrażenie jednej bardzo grubej osoby z podwojoną ilością kończyn i czymś na głowie, co mogło być skunksem. Oni: spodnie z miejscem na pampersa, airmaxy nówki nierdzewki - przebieg góra 5 kilometrów - do tramwaju i z tramwaju, w zasadzie pierwsze co się rzucało w oczy to te buty, kolorystyka ładnie mówiąc "oczogrzmotna". Zasiedli. (na tym przystanku zwolniła się większość miejsc). Ci zajęci zalotnie wychylili kolanka dla swoich wybranek, te wdzięcznie osadziły wielorybie tyłki na kolankach wybranków, zaś ci wolni, sztuk dwie, stanęli obok siebie wisząc jak gibony nad dziewczętami siedzącymi przed nimi (przypomniała mi się tresć wykładu, której bardzo chciałam teraz nie pamiętać) i pociągając nosami
(DYGRESJA! Faceci dzielą się pod tym względem na 3 typy: pierwszy, który zwyczajnie wyciera nos w chusteczkę, drugi, który smarka, zatykając jedną dziurkę i wydmuchując zawartośćtej wolnej gdzie popadnie, i trzeci, który pociąga nosem na przeróżne sposoby, wydając z siebie dźwięki przeróżnej barwy, natężenia i robiąc przy tym miny jak niedorozwinięta foka)
pogrążyli się w rozmowie. Dwie pary szybko zajęły się eksploracją własnych jam ustnych, samotnicy rozprawiają, ja znajduję zainteresowanie we wszystkim, co za oknem tramwajowym, byle nie patrzeć w lewo, aż nagle słyszę koncówkę zdania: "stary, no zaj****ta nuta, puszcze ci!". Jeden z samotnych wyciąga telefon, klika i w tym momencie tramwaj wypełnia się dźwiękami pieśni "My słowianie". Ok. Dobra. Przetrwałam te kilka minut, błoga cisza spłynęła na wszystkich, ale drugi samotnik postanowił odwdzięczyć się koledze i sam wyciągnął telefon, widać jakiś grubszy arsenał, bo grał o wiele głośniej. "Ona tańczy dla mnie". Śmiali się przy tym i ekscytowali, że niesamowite jak takie kawałki ciągle są na topie, nawet jeden z nich orzekł "dobra muza obroni się sama, stary". Prawie spadłam z krzesła. Oko draga mi nerwowo, dwie pary niewzruszenie ślinią się wzajemnie, jakby muzyka była dla nich doskonałym podkładem do sprawdzania sobie stanu zdrowia migdałków.. a przeboje lecą. Nigdy jeszcze nie miałam takiej ochoty wysiąść kilka przystanków przed moim docelowym i iść na piechotę, choćbym miała umrzeć po drodze z niedożywienia. Aleee siedzę twardo. Po hicie "Filiżanka" i szałów Rollowania na bekstejdżu prawie wyłysiałam. Ukradkiem spojrzałam na ludzi wokół. Jeden z pasażerów uderzał gową w ścianę tramwaju, jakiejś pani ręka do białości zaciskała się na uchwycie, jej mąż intensywnie oglądał automat biletowy, staruszka siedząca za mną bulwersowała się swojej koleżance, obie uzgodniły, że te telefony to szatańskie wymysły, a wszystko i tak przez ten komputer. Nadszedł ten moment, kiedy miałam już dość. Skoncentrowałam wszystkie siły jakie w sobie miałam, bo chciałam uniknąć sytuacji kiedy wstaję i zwyczajnie daję w łeb jednemu z drugim.. I tak wstałam, bo za chwilę miałam wysiadać, kiedy przy poetyckiej pieśni "To co nam było, co nam się zdarzyło" jedna ze ślimaczych par nagle oderwała się od siebie, żeńska część zakrzyknęła: "oooo! to moja ulubiona piosenka! daj to głośniej!" dziękowałam Bogu, że to już, że wychodzę, usłyszę wspaniałe dźwięki samochodów, gwar ludzi.. a nazajutrz rano obudziłam się z "Bałkanicą" w głowie.
Dobra muza obroni się sama.
Pewnego - niedawnego - słonecznego popołudnia skończyłam zajęcia i wyszłam z uczelni nieco głodna, lekko skonsternowana treścią wykładu, który właśnie się zakończył ("Psychospołeczne aspekty zachowania seksualnego "), z ulgą pomyślałam o kawie, którą zaraz wypiję i perspektywie spokojnego raczej popołudnia. Najpierw jednak trzeba było wsiąść w tramwaj (godziny szczytu) i starać się nie krzywdzić każdego, kto mnie dotknie, nie zrzędzić pod nosem jak zramolały dziad i nie zabijać wzrokiem tych żywotniejszych sztuk ludzkich, które jakimś cudem dotrwały do tej pory dnia w doskonałym humorze. Jak sokół wypatrzyłam wolne miejsce siedzące, bezlitośnie usadziłam na nim zad i udawałam, że jestem głucha i ślepa na całe otoczenie. Udawałam. Gdyż tego samego dnia zapomniałam w mieszkaniu słuchawek i nie mogłam włączyć sobie po drodze muzyki relaksacyjnej, która zawsze pomagała przetrwać mi trudne chwile przymusowej komunikacji interpersonalnej.
Chciałabym w tym miejscu pozdrowić wszystkich introwertyków.
W każdym razie, grzecznie siedzę na swoim miejsu, na szczęście nie było w pobliżu żadnej starszyzny, szanownych marszałków ani wysokich sądów, moglam siedzieć w spokoju serca swego nie przejmując się ustępowaniem. Zaczynam powoli odczuwać błogość, spokój i zadowolenie.. Gdy nagle wchodzi do tramwaju grupka młodzieży gimnazjalnej, w tym dwie pary i dwóch forever alone'ów.
Wygląd typowy, one: biodrówki i kurteczki ujawniające "walory" ich urody wylewające się poza linię spodni, świeża farba na włosach, jedna blond, druga czarna, obie "opalone" i podobne do siebie na tyle, że z daleka sprawiały wrażenie jednej bardzo grubej osoby z podwojoną ilością kończyn i czymś na głowie, co mogło być skunksem. Oni: spodnie z miejscem na pampersa, airmaxy nówki nierdzewki - przebieg góra 5 kilometrów - do tramwaju i z tramwaju, w zasadzie pierwsze co się rzucało w oczy to te buty, kolorystyka ładnie mówiąc "oczogrzmotna". Zasiedli. (na tym przystanku zwolniła się większość miejsc). Ci zajęci zalotnie wychylili kolanka dla swoich wybranek, te wdzięcznie osadziły wielorybie tyłki na kolankach wybranków, zaś ci wolni, sztuk dwie, stanęli obok siebie wisząc jak gibony nad dziewczętami siedzącymi przed nimi (przypomniała mi się tresć wykładu, której bardzo chciałam teraz nie pamiętać) i pociągając nosami
(DYGRESJA! Faceci dzielą się pod tym względem na 3 typy: pierwszy, który zwyczajnie wyciera nos w chusteczkę, drugi, który smarka, zatykając jedną dziurkę i wydmuchując zawartośćtej wolnej gdzie popadnie, i trzeci, który pociąga nosem na przeróżne sposoby, wydając z siebie dźwięki przeróżnej barwy, natężenia i robiąc przy tym miny jak niedorozwinięta foka)
pogrążyli się w rozmowie. Dwie pary szybko zajęły się eksploracją własnych jam ustnych, samotnicy rozprawiają, ja znajduję zainteresowanie we wszystkim, co za oknem tramwajowym, byle nie patrzeć w lewo, aż nagle słyszę koncówkę zdania: "stary, no zaj****ta nuta, puszcze ci!". Jeden z samotnych wyciąga telefon, klika i w tym momencie tramwaj wypełnia się dźwiękami pieśni "My słowianie". Ok. Dobra. Przetrwałam te kilka minut, błoga cisza spłynęła na wszystkich, ale drugi samotnik postanowił odwdzięczyć się koledze i sam wyciągnął telefon, widać jakiś grubszy arsenał, bo grał o wiele głośniej. "Ona tańczy dla mnie". Śmiali się przy tym i ekscytowali, że niesamowite jak takie kawałki ciągle są na topie, nawet jeden z nich orzekł "dobra muza obroni się sama, stary". Prawie spadłam z krzesła. Oko draga mi nerwowo, dwie pary niewzruszenie ślinią się wzajemnie, jakby muzyka była dla nich doskonałym podkładem do sprawdzania sobie stanu zdrowia migdałków.. a przeboje lecą. Nigdy jeszcze nie miałam takiej ochoty wysiąść kilka przystanków przed moim docelowym i iść na piechotę, choćbym miała umrzeć po drodze z niedożywienia. Aleee siedzę twardo. Po hicie "Filiżanka" i szałów Rollowania na bekstejdżu prawie wyłysiałam. Ukradkiem spojrzałam na ludzi wokół. Jeden z pasażerów uderzał gową w ścianę tramwaju, jakiejś pani ręka do białości zaciskała się na uchwycie, jej mąż intensywnie oglądał automat biletowy, staruszka siedząca za mną bulwersowała się swojej koleżance, obie uzgodniły, że te telefony to szatańskie wymysły, a wszystko i tak przez ten komputer. Nadszedł ten moment, kiedy miałam już dość. Skoncentrowałam wszystkie siły jakie w sobie miałam, bo chciałam uniknąć sytuacji kiedy wstaję i zwyczajnie daję w łeb jednemu z drugim.. I tak wstałam, bo za chwilę miałam wysiadać, kiedy przy poetyckiej pieśni "To co nam było, co nam się zdarzyło" jedna ze ślimaczych par nagle oderwała się od siebie, żeńska część zakrzyknęła: "oooo! to moja ulubiona piosenka! daj to głośniej!" dziękowałam Bogu, że to już, że wychodzę, usłyszę wspaniałe dźwięki samochodów, gwar ludzi.. a nazajutrz rano obudziłam się z "Bałkanicą" w głowie.
Dobra muza obroni się sama.
czwartek, 5 września 2013
post z około Stycznia 2013!
Jako, że z biegiem czasu zamieniam się w gorzkniejącego cynika (w przerażająco szybkim tempie), postanowiłam przelać tutaj swoje żale, które zbierały się we mnie już jakiś czas. Oczywistym jest, że bezpieczniej wylać zgorzknienie na blogu, niż jadowicie sączyć wolno wśród bliskich mi ludzi. Podejrzewam że moje najwspanialsze współlokatorki będą wiedziały o co chodzi, ochoczo kiwając głowami i podskakując radośnie z ulgą wzdychając i ciesząc się w duchu i sercu swoim, z wdzięcznością oddając chwałę Najwyżeszemu ;)
Zgorzknienia powód pierwszy:
remont całych Katowic.
O panu z siateczką opowiadałam już w ostatnim poście, więc nie będę się rozwijać jakoś wylewnie w tym temacie, podejrzewam, że większość studentów nieobdarzonych łaską samochodu i zamieszkujących większe miasta zna ten ból, kiedy wstają rano i muszą tłuc się komunikacją miejską.
W mieście Katowice na ten oto przykład wyposażenie KZK GOP jest.. smutne.
Większość pojazdów szumnie zwanych autobusami to wielkie blaszane puszki, które rozsypują się na zakrętach, przemakają podczas deszczu, rdzewieją nawet tam, gdzie rdza dotrzeć nie powinna (plastikowe siedzenia), a szczytem są te najstarsze, w których spaliny zamiast wylatywać na zewnątrz, wpadają do środka powodując odmę opłucną, zawały i astmę u każdego z pasażerów. Podejrzewam, że szef katowickiego transportu miejskiego jest wielbicielem starych pojazdów, ewentualnie pełnym niecnych zamiarów sadystą chcącym wymordować połowę populacji Zagłębia.
Zgorzknienia powód drugi:
Jem i nie chudnę.
Mam wrażenie, ze nawet szczypiorek odkłada mi się w boczkach.
Zgorzknienia powód trzeci i najważniejszy:
postanowiłam założyć osobny wątek dotyczący sąsiedzkich historii.
Nie wiem, czy to ja mam pecha, czy po prostu wszyscy sąsiedzi tacy są, ale na prawdę zaczęłam się poważnie zastanawiać nad tym zjawiskiem.
Pierwszą myślą była, oczywiście ta, że jestem po prostu psychicznym wrakiem i kłębkiem nerwów, w związku z czym wszystko mnie nerwi, łącznie ze zbyt wolno jadącą winą i panią w sklepie mówiącą do porzygu słodkim głosikiem tysiąc razy "do widzenia". Ale jeśli moje nerwienie się potwierdziła też jedna z moich współlokatorek, uosobienie spokoju, kwiatu lotosu na lustrzanej tafli jeziora - to znaczy, że faktycznie coś źle działa nie ze mną, a z nimi.
Otóż przedstawię krótko sytuację i pozwolę ocenić czytającym z ciekawością wyczekując Waszej opinii.
Część lokatorek naszego katowickiego lokum zamieszkuje je już trzeci rok. Ja zaczynam dopiero drugą kadencję, co jest dość istotne. Od początku, kiedy tu zamieszkałam regularnie, codziennie, ewentualnie co drugi dzień sąsiedzi przeprowadzają remont. Nie, nie różni sąsiedzi. Ciągle ci sami. Łupią, klupią, wiercą, charczą i generalnie hałasują. Miałam kilka teorii, dlaczego tak, a nie inaczej - lubią wąchać tynk i wynajdują nowe typy narkotyków (dilują działkami sproszkowanej ściany), uwielbiają remonty, więc wieczorami wszystko burzą, a od rana z miłością budują na nowo (nie, to nie była metafora), ewentualnie pan sąsiad jest testerem młotów pneumatycznych i płacą mu za godzinę, więc bezlitośnie próbuje, który młot pneumatyczny (tudzież inna wiertarka) są dla niego umiłowanym sprzętem. Jakakolwiek jest przyczyna - ciężko to znieść i to na prawdę jest dla nas niesamowitym wyzwaniem, żeby nie zrzucić się na armatę i wyjechać z nią piętro wyżej aby sprawiedliwości stało się zadość. Szczególne ukłony w stronę moich współlokatorek, które znoszą to już trzeci rok. Niesamowite.
Zgorzknienia powód pierwszy:
remont całych Katowic.
O panu z siateczką opowiadałam już w ostatnim poście, więc nie będę się rozwijać jakoś wylewnie w tym temacie, podejrzewam, że większość studentów nieobdarzonych łaską samochodu i zamieszkujących większe miasta zna ten ból, kiedy wstają rano i muszą tłuc się komunikacją miejską.
W mieście Katowice na ten oto przykład wyposażenie KZK GOP jest.. smutne.
Większość pojazdów szumnie zwanych autobusami to wielkie blaszane puszki, które rozsypują się na zakrętach, przemakają podczas deszczu, rdzewieją nawet tam, gdzie rdza dotrzeć nie powinna (plastikowe siedzenia), a szczytem są te najstarsze, w których spaliny zamiast wylatywać na zewnątrz, wpadają do środka powodując odmę opłucną, zawały i astmę u każdego z pasażerów. Podejrzewam, że szef katowickiego transportu miejskiego jest wielbicielem starych pojazdów, ewentualnie pełnym niecnych zamiarów sadystą chcącym wymordować połowę populacji Zagłębia.
Zgorzknienia powód drugi:
Jem i nie chudnę.
Mam wrażenie, ze nawet szczypiorek odkłada mi się w boczkach.
Zgorzknienia powód trzeci i najważniejszy:
postanowiłam założyć osobny wątek dotyczący sąsiedzkich historii.
Nie wiem, czy to ja mam pecha, czy po prostu wszyscy sąsiedzi tacy są, ale na prawdę zaczęłam się poważnie zastanawiać nad tym zjawiskiem.
Pierwszą myślą była, oczywiście ta, że jestem po prostu psychicznym wrakiem i kłębkiem nerwów, w związku z czym wszystko mnie nerwi, łącznie ze zbyt wolno jadącą winą i panią w sklepie mówiącą do porzygu słodkim głosikiem tysiąc razy "do widzenia". Ale jeśli moje nerwienie się potwierdziła też jedna z moich współlokatorek, uosobienie spokoju, kwiatu lotosu na lustrzanej tafli jeziora - to znaczy, że faktycznie coś źle działa nie ze mną, a z nimi.
Otóż przedstawię krótko sytuację i pozwolę ocenić czytającym z ciekawością wyczekując Waszej opinii.
Część lokatorek naszego katowickiego lokum zamieszkuje je już trzeci rok. Ja zaczynam dopiero drugą kadencję, co jest dość istotne. Od początku, kiedy tu zamieszkałam regularnie, codziennie, ewentualnie co drugi dzień sąsiedzi przeprowadzają remont. Nie, nie różni sąsiedzi. Ciągle ci sami. Łupią, klupią, wiercą, charczą i generalnie hałasują. Miałam kilka teorii, dlaczego tak, a nie inaczej - lubią wąchać tynk i wynajdują nowe typy narkotyków (dilują działkami sproszkowanej ściany), uwielbiają remonty, więc wieczorami wszystko burzą, a od rana z miłością budują na nowo (nie, to nie była metafora), ewentualnie pan sąsiad jest testerem młotów pneumatycznych i płacą mu za godzinę, więc bezlitośnie próbuje, który młot pneumatyczny (tudzież inna wiertarka) są dla niego umiłowanym sprzętem. Jakakolwiek jest przyczyna - ciężko to znieść i to na prawdę jest dla nas niesamowitym wyzwaniem, żeby nie zrzucić się na armatę i wyjechać z nią piętro wyżej aby sprawiedliwości stało się zadość. Szczególne ukłony w stronę moich współlokatorek, które znoszą to już trzeci rok. Niesamowite.
wtorek, 27 sierpnia 2013
4 lutego 2012
Nie wiem czemu tego tu wcześniej nie rzuciłam. Notka pojawiła się jedynie na Facebooku, naprawiam swój błąd i publikuję tutaj.
sytuacja sprzed chwili.
siedzę, rozmyślam nad życiem, nagle słyszę dzwonek do drzwi.
Otwieram, patrzę, a przede mną stoi dwóch naszych sąsiadów, w wieku około 14-17 lat, z rękami w mące, generalnie cali byli w mące.
Z głupim uśmiechem (i szaleństwem w oczach, czego już się sama dopatrzyłam, bowiem widok 15to latka z rękami białymi od mąki nie należy do codzienności, więc pierwszym co przyszło mi na myśl było: "matkokochana, zabili piekarza, przyszli do mnie umyć ręce, albo co gorsza zabić i mnie!" [nie wiem po co, umysł zawsze zawodzi w takich momentach])
W kazdym razie stałam tak chwilę z kretyńską miną patrząc na nich, kiedy nagle słyszę:
"-ma pani może wałek...
[jaki wałek? nie kręcę włosów przecież, co za kretyńskie pytanie - pomyślałam.]
...bo my ciasto robimy."
pierwsza moja myśl: "jak teraz pójdę do kuchni to oni wejdą za mną i nie dość, że mnie zabiją to jeszcze uwalą tą mąką cały przedpokój."
druga myśl: "czy my mamy wałek..?"
zapytałam ich więc, czy nie mają butelki, która świetnie sprawdza się jako zastępczy wałek do ciasta. Dowiedziałam się, że jestem genialna i piękna (!) i że jak zrobią ciasto to przyjdą mnie poczęstować.
Nadal jestem przekonana, że zabili piekarza.
sytuacja sprzed chwili.
siedzę, rozmyślam nad życiem, nagle słyszę dzwonek do drzwi.
Otwieram, patrzę, a przede mną stoi dwóch naszych sąsiadów, w wieku około 14-17 lat, z rękami w mące, generalnie cali byli w mące.
Z głupim uśmiechem (i szaleństwem w oczach, czego już się sama dopatrzyłam, bowiem widok 15to latka z rękami białymi od mąki nie należy do codzienności, więc pierwszym co przyszło mi na myśl było: "matkokochana, zabili piekarza, przyszli do mnie umyć ręce, albo co gorsza zabić i mnie!" [nie wiem po co, umysł zawsze zawodzi w takich momentach])
W kazdym razie stałam tak chwilę z kretyńską miną patrząc na nich, kiedy nagle słyszę:
"-ma pani może wałek...
[jaki wałek? nie kręcę włosów przecież, co za kretyńskie pytanie - pomyślałam.]
...bo my ciasto robimy."
pierwsza moja myśl: "jak teraz pójdę do kuchni to oni wejdą za mną i nie dość, że mnie zabiją to jeszcze uwalą tą mąką cały przedpokój."
druga myśl: "czy my mamy wałek..?"
zapytałam ich więc, czy nie mają butelki, która świetnie sprawdza się jako zastępczy wałek do ciasta. Dowiedziałam się, że jestem genialna i piękna (!) i że jak zrobią ciasto to przyjdą mnie poczęstować.
Nadal jestem przekonana, że zabili piekarza.
Pan Kaźmierz the Żul
Pierwsza połowa notki powstawała 16.08!
Siadłam wczoraj wieczorem na łóżku i nagle spłynęło na mnie natchnienie. 'Chyba napiszę coś na Trzech stanikach..'. Z zamyślonym wyrazem twarzy kontynuowałam siedzenie, które wkrótce ewoluowało w leżenie i obudziłam się rano uznawszy, że natchnienie mnie opuściło, ale chęci pozostały.
Sytuacji, które nadawałyby się do opisania tutaj w przeciągu ostatnich miesięcy wydarzyło się około mnóstwo, mam je gdzieś z zapamiętane z tyłu głowy, więc się nie zmarnują.
Jedną z nich była historia z Panem Żulem Kazikiem , któren nie wymawiał [z]. Zamiast [z] z jego ust wychodził dźwięk pomiędzy [s], a [c] (z lekkim przypluciem sobie przy tym brody co jakiś czas).
Całe krótkie, acz intensywne spotkanie z Panem Kazikiem wydarzyło się w jednym z tych lipcowych, upalnych dni. Otóż siedziałam w domu od rana i lekko irytowałam się, ze nikt nic i nigdzie, zatem trzeba zmusić ludzi do ruszenia zadków z domu, bo sami tego nie zrobią. Jestem pełna zrozumienia dla zdychających w upale ludzi, ale skoro już muszą zdychać (ja zawsze dobrze tolerowałam wysokie temperatury) to pewnie im wszystko jedno czy w domu, czy poza nim, szczególnie, ze siedząc na zewnątrz mogli jeszcze się załapać na lekkie powiewy wiatru. Powystawałam na moment przed szafą uznawszy, że najchętniej poszłabym bez ubrań, ale jednak wypada coś na siebie wrzucić, jednak ograniczyłam ubiór do minimum (szczególnie dla facetów: NIE, NIE BYŁA TO TYLKO BIELIZNA ZBOCZEŃCY!) i poszłam, dzwoniąc po drodze do tych i owych, że za 15 minut na rynku i nie ma jęczenia. Szłam beztrosko chodnikiem, nie bardzo rozglądając się na boki, bo widziałam już przed oczami pepsi z lodem..i w tym momencie do akcji wkroczył Pan Kazik. Siedział na ławce, chwiejąc się to w przód, to w tył, ewentualne lekkie przykurcze targały nim w inne strony, i paczył. Wyraźnie próbował złapać czyiś wzrok, coby umilić komuś popołudnie pogawędką. Pech chciał, że akurat na niego spojrzałam kiedy on głęboko zaglądał w me oczy swoim mętnym wzrokiem. Natychmiast pożałowałam, że jest lato i wybrałam krótkie spodenki, bo w momencie moje spojrzenie wychwycił (nie wiem skąd u niego taki nagły przypływ refleksu), oglądnął moje nogi i inne przymioty mej niewątpliwej (według niego) urody i.. przemówił.
"Chszzzeeszz panjenka szesz takie nuszki fsieła cholersia.."
Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, bo sama nie wiedziałam skąd takie nuszki fsiełam, chyba zawsze mi wsytawały z pleców, jednocześnie szłam dalej w stronę rynku. Pan Kazik nie poddawał się jednak i przemawiał dalej.
"Mosze ja panjenke ooaaacee?" Podejrzewam, że chciał mnie odprowadzić, bo lekko skonsternowana zauważyłam, że lezie za mną wielbiąc mnie z daleka, głośno i niewyraźnie.
"Mosze słotufeszke dla Kasika, pusiee na murek. Bo Esio chsiał, ale nie mukł.." Podejrzewałam, że Esio odpoczywał gdzieś niemocny w cieniu drzew na ławeczce w parku, podczas gdy Kazio zarabiał na wódeczkę łażąc za mną jak przylepa. Widać było, że nie podda się, dopóki nie dam mu słotufeszki, więc ulitowałam się i obdarowałam go pieniążkiem. Tutaj nastąpił armagedon, gdyż na Pana Kazia spłynęło Mickiewiczowskie olśnienie, krasomówca okazał się z niego niewątpliwy. "Panjenka taka piękna jako te kaczki o zachodzie słońca, (w międzyczasie moje myśli ruszyły w wir analizy: Kaczki?! Wyglądam, jakbym znosiła jajka!?), dobra taka, ja bym na szonę panjenkę, umyłbym się nawet (NO NIEMOŻLIWE), takie te oszy panienki jak dwa porcelany (cokolwiek miał na myśli, tą uwagę szczególnie zapamiętałam, bo nikt jeszcze moich oczu do porcelany nie porównywał, jednocześnie lekko przyspieszyłam kroku, nie ukrywam jednak, że dalej uważnie słuchałam jego przmówienia ciekawa, co też jeszcze wymyśli ), po prostuu cut kobieta, jako ten obrasek, taka że już takich nie ma. Panjenka mosze s nami się napije? Esio pewnie tesz chentnie posna." (no prawie Pieśń nad Pieśniami.)
Wymiawiając jego charakterystyczne [s] obficie popluł się po brodzie, co zachęciło mnie do galopku na rynek, pognałam więc jak poparzona zostawiając Pana Kazia za sobą, zastanowiła mnie jeszcze wizja wspólnego spożywania wódeczki z Panem Kaziem i Esiem. Przed oczami memi ukazały się występy Kazia i Esia "The Krasomówczers", grono krytyków, litry wódeczki i ogólny szał.
Postanowiłam więc kulturalnie udać się ze znajomymi na pizzę, w głowie obmyślając organizację wieczorku poetyckiego za złotówkę. Ktoś chętny do pomocy? Tematem niekoniecznie musi być moja uroda, podejrzewam, że Pan Kazio natchnion wymyśliłby wiele nawet o kremie do rąk.
Siadłam wczoraj wieczorem na łóżku i nagle spłynęło na mnie natchnienie. 'Chyba napiszę coś na Trzech stanikach..'. Z zamyślonym wyrazem twarzy kontynuowałam siedzenie, które wkrótce ewoluowało w leżenie i obudziłam się rano uznawszy, że natchnienie mnie opuściło, ale chęci pozostały.
Sytuacji, które nadawałyby się do opisania tutaj w przeciągu ostatnich miesięcy wydarzyło się około mnóstwo, mam je gdzieś z zapamiętane z tyłu głowy, więc się nie zmarnują.
Jedną z nich była historia z Panem Żulem Kazikiem , któren nie wymawiał [z]. Zamiast [z] z jego ust wychodził dźwięk pomiędzy [s], a [c] (z lekkim przypluciem sobie przy tym brody co jakiś czas).
Całe krótkie, acz intensywne spotkanie z Panem Kazikiem wydarzyło się w jednym z tych lipcowych, upalnych dni. Otóż siedziałam w domu od rana i lekko irytowałam się, ze nikt nic i nigdzie, zatem trzeba zmusić ludzi do ruszenia zadków z domu, bo sami tego nie zrobią. Jestem pełna zrozumienia dla zdychających w upale ludzi, ale skoro już muszą zdychać (ja zawsze dobrze tolerowałam wysokie temperatury) to pewnie im wszystko jedno czy w domu, czy poza nim, szczególnie, ze siedząc na zewnątrz mogli jeszcze się załapać na lekkie powiewy wiatru. Powystawałam na moment przed szafą uznawszy, że najchętniej poszłabym bez ubrań, ale jednak wypada coś na siebie wrzucić, jednak ograniczyłam ubiór do minimum (szczególnie dla facetów: NIE, NIE BYŁA TO TYLKO BIELIZNA ZBOCZEŃCY!) i poszłam, dzwoniąc po drodze do tych i owych, że za 15 minut na rynku i nie ma jęczenia. Szłam beztrosko chodnikiem, nie bardzo rozglądając się na boki, bo widziałam już przed oczami pepsi z lodem..i w tym momencie do akcji wkroczył Pan Kazik. Siedział na ławce, chwiejąc się to w przód, to w tył, ewentualne lekkie przykurcze targały nim w inne strony, i paczył. Wyraźnie próbował złapać czyiś wzrok, coby umilić komuś popołudnie pogawędką. Pech chciał, że akurat na niego spojrzałam kiedy on głęboko zaglądał w me oczy swoim mętnym wzrokiem. Natychmiast pożałowałam, że jest lato i wybrałam krótkie spodenki, bo w momencie moje spojrzenie wychwycił (nie wiem skąd u niego taki nagły przypływ refleksu), oglądnął moje nogi i inne przymioty mej niewątpliwej (według niego) urody i.. przemówił.
"Chszzzeeszz panjenka szesz takie nuszki fsieła cholersia.."
Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, bo sama nie wiedziałam skąd takie nuszki fsiełam, chyba zawsze mi wsytawały z pleców, jednocześnie szłam dalej w stronę rynku. Pan Kazik nie poddawał się jednak i przemawiał dalej.
"Mosze ja panjenke ooaaacee?" Podejrzewam, że chciał mnie odprowadzić, bo lekko skonsternowana zauważyłam, że lezie za mną wielbiąc mnie z daleka, głośno i niewyraźnie.
"Mosze słotufeszke dla Kasika, pusiee na murek. Bo Esio chsiał, ale nie mukł.." Podejrzewałam, że Esio odpoczywał gdzieś niemocny w cieniu drzew na ławeczce w parku, podczas gdy Kazio zarabiał na wódeczkę łażąc za mną jak przylepa. Widać było, że nie podda się, dopóki nie dam mu słotufeszki, więc ulitowałam się i obdarowałam go pieniążkiem. Tutaj nastąpił armagedon, gdyż na Pana Kazia spłynęło Mickiewiczowskie olśnienie, krasomówca okazał się z niego niewątpliwy. "Panjenka taka piękna jako te kaczki o zachodzie słońca, (w międzyczasie moje myśli ruszyły w wir analizy: Kaczki?! Wyglądam, jakbym znosiła jajka!?), dobra taka, ja bym na szonę panjenkę, umyłbym się nawet (NO NIEMOŻLIWE), takie te oszy panienki jak dwa porcelany (cokolwiek miał na myśli, tą uwagę szczególnie zapamiętałam, bo nikt jeszcze moich oczu do porcelany nie porównywał, jednocześnie lekko przyspieszyłam kroku, nie ukrywam jednak, że dalej uważnie słuchałam jego przmówienia ciekawa, co też jeszcze wymyśli ), po prostuu cut kobieta, jako ten obrasek, taka że już takich nie ma. Panjenka mosze s nami się napije? Esio pewnie tesz chentnie posna." (no prawie Pieśń nad Pieśniami.)
Wymiawiając jego charakterystyczne [s] obficie popluł się po brodzie, co zachęciło mnie do galopku na rynek, pognałam więc jak poparzona zostawiając Pana Kazia za sobą, zastanowiła mnie jeszcze wizja wspólnego spożywania wódeczki z Panem Kaziem i Esiem. Przed oczami memi ukazały się występy Kazia i Esia "The Krasomówczers", grono krytyków, litry wódeczki i ogólny szał.
Postanowiłam więc kulturalnie udać się ze znajomymi na pizzę, w głowie obmyślając organizację wieczorku poetyckiego za złotówkę. Ktoś chętny do pomocy? Tematem niekoniecznie musi być moja uroda, podejrzewam, że Pan Kazio natchnion wymyśliłby wiele nawet o kremie do rąk.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
"I SEE OLD PEOPLE"
'no nie. noooo nieee. No nie zdzierżę. No do jasnej anielki!! NIE ZDZIERŻĘ!!!
- czy mógłby pan łaskawie nie trącać mnie rytmicznie CO PÓŁ MINUTY w ramię tą siatką..?
- ależ co też pani, ja przeiceż nic nie robię, stoję sobie tylko!
- jak pan nic nie robi, moje ramię, więc wiem co czuję, mógłby pan nad tą siatką zapanować?
- o, najmocniej przepraszam, faktycznie, to ten sok w kartonie, róg się pani wbijał, nie widziałem tego.'
nie potrafię odpowiednio oddać wyrazu mojej twarzy w tym momencie, więc może zobrazuję całą sytuację.
wstałam rano nieprzytomna, jak zwykle, automatycznie wykonując czynności pre-życiowe,
kawa, ubrać się, ogarnąć, takietam jak każda baba.
Jak zwykle też zapomniałam o zadziwiającym mnie codziennie fakcie upływu czasu, więc znowu wybiegłam z mieszkania spóźniona na autobus. (dziwne, że po tylu latach jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam.)
Porankami działam na zasadzie: "nie mów do mnie z rana, a jak musisz to mów do ręki, albo zapisz na kartce, przeczytam jak rano minie".
Jak wiadomo, taki stan połączony ze spóźnieniem i w biegu przypominanymi sobie rzeczami, które jeszcze musiałam zabrać i zrobić i nagłe olśnienie "nosz kuchnia mam dzisiaj zaliczenie przecież jak mogłam o tym zapomnieć?!" daje skutki wręcz warte opisania w jakiejś szerszej pracy naukowej.
Cudem jakimś tym razem wbiegłam 'na szczupaka' do autobusu, który właśnie podjechał,
jednocześnie rozglądając się za jakimś wolnym miejscem, niekoniecznie do siedzienia, 'wolne miejsce' czyli przestrzeń w autobusie nie zawalona ludźmi.
W głowie pojawiło mi się hasło "I SEE OLD PEOPLE" wypowiedziane tonem Cole'a Seara z Szóstego zmysłu.
Średnia wieku w autobusie +/- 65 lat, plus spora grupka ludzi w wieku produkcyjnym zapewne zmierzających do prac, szkół i uczelni, każdy jeden śpiąco-zamyślony, pouwieszani na poręczach, ściśnięci obok siebie, włażący sobie na nogi, latający jeden po drugim na ostrzejszych zakręach.
Oczywiście wszystko co starsze siedziało.
Babcie łypały na mnie groźnie kiedy zwolniło się trochę miejsca na jednym z 'popularniejszych przystanków', ale nie dałam się zastraszyć, usiadłam i wyciągnęłam notatki szybko chowając w nich nos pod pozorem pilnej nauki.
Cośtam próbowałam czytać, jednocześnie pisząc smsa, złorzecząc pod nosem, 'że tak wcześnie, kto to wymyślił zajęcia o takiej godzinie robić, w ogóle to kawy nie wypiłam, bez sensu' , drugą ręką wyciągając słuchawki coby jakkolwiek umilić sobie ten wtorkowy poranek.
Powoli zaczynała mnie opuszczać 'poranna faza', nawet jakieś optymistyczne przebłyski pojawiły się wraz ze słońcem nieśmiało wychodzącym zza chmur 'i w ogóle to błogo, ptaszki śpiewają, świat nie może być taki zły, o jakie słodkie dziecko sobie do szkółki hasa...'
i tutaj wkroczył pan z siatką.
Pan wiek średni, wąsik jak to na pana w wieku średnim przystało, taki z tych, co nie wybijają się w tłumie, szarość życia, praca i piwko przed TV.
Nie byłoby w nim nic złego, gdyby nie ta siateczka jego zasmolona.
Siedzę więc poddając się jakiejś w miarę błogości, nie zauważam co się dzieje, słucham muzyczki, staram się oderwać od życia na moment, czytam sobie notateczki, a ten mi tu z siatką z sokiem po ramieniu.
Sok w kartonie, kanciasty. Karton, nie sok.
Stanął nade mną ów chłopina, zapewne kompletnie nie zdający sobie sprawy z tego, co się dzieje z siatką.
Nie wiem tylko dlaczego przy prawie pustym autobusie on akurat się uwiesił nade mną, ale mniejsza z tym, nie wnikałam, może lubi, jak już tak musi to niech stoi, jego egzystencja sama w sobie mi ni zieje ni grzębi. Natomiast diableska siateczka zawieszona na jego przedramieniu już owszem. Wykonywała zgodnie z prawami fizyki ruchy wahadłowe w przód i w tył, skutecznie wżynając mi się kantem kartonu w ramię i niszcząc życie.
pac....pac....pac....pac....pac....pac....pac....pac....pac....
oko mi zadrgało.
faza poranna "mów do ręki' ewoluowała do "nie mów wcale i nie dotykaj, bo jeszcze raz i dostanę napadu apopleksji".
Stąd ów dialog na szczycie tej niesamowicie inspirującej notki.
Pan chyba się przestraszył wyrazu mojej twarzy, bo szybciutko usiadł na siedzieniu nieopodal kierowcy. Jakby, w razie czego, kierowca mu niby był w stanie pomóc. Hehehe
z informacji studenckich: dzisiaj zakończyłam zajęcia w reptach ze skutkiem pozytywnym zaliczając test końcowy, cośtam cośtam, idę dzisiaj na Śnieżkę i Łowcę i chciałabym żeby ktoś mi powiedział co się robi z małą ilością czasu i wielką ilością egzaminów i jeszcze większą niechęcią czy może nawet niemocą do nauki.
No co. Tym razem mam dobre wymówki żeby się nie uczyć.
PS wiem, notka miała być co miesiąc, ale jestem leniwa więc nie będzie co miesiąc i już.
Poza tym ja w ogóle nie wiem po co to wszystko piszę, nikomu to pożytku nie przynosi.
Ale przynosi mi, nie muszę się uczyć. :)
http://www.youtube.com/watch?v=A1efNYm5EhY
- czy mógłby pan łaskawie nie trącać mnie rytmicznie CO PÓŁ MINUTY w ramię tą siatką..?
- ależ co też pani, ja przeiceż nic nie robię, stoję sobie tylko!
- jak pan nic nie robi, moje ramię, więc wiem co czuję, mógłby pan nad tą siatką zapanować?
- o, najmocniej przepraszam, faktycznie, to ten sok w kartonie, róg się pani wbijał, nie widziałem tego.'
nie potrafię odpowiednio oddać wyrazu mojej twarzy w tym momencie, więc może zobrazuję całą sytuację.
wstałam rano nieprzytomna, jak zwykle, automatycznie wykonując czynności pre-życiowe,
kawa, ubrać się, ogarnąć, takietam jak każda baba.
Jak zwykle też zapomniałam o zadziwiającym mnie codziennie fakcie upływu czasu, więc znowu wybiegłam z mieszkania spóźniona na autobus. (dziwne, że po tylu latach jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam.)
Porankami działam na zasadzie: "nie mów do mnie z rana, a jak musisz to mów do ręki, albo zapisz na kartce, przeczytam jak rano minie".
Jak wiadomo, taki stan połączony ze spóźnieniem i w biegu przypominanymi sobie rzeczami, które jeszcze musiałam zabrać i zrobić i nagłe olśnienie "nosz kuchnia mam dzisiaj zaliczenie przecież jak mogłam o tym zapomnieć?!" daje skutki wręcz warte opisania w jakiejś szerszej pracy naukowej.
Cudem jakimś tym razem wbiegłam 'na szczupaka' do autobusu, który właśnie podjechał,
jednocześnie rozglądając się za jakimś wolnym miejscem, niekoniecznie do siedzienia, 'wolne miejsce' czyli przestrzeń w autobusie nie zawalona ludźmi.
W głowie pojawiło mi się hasło "I SEE OLD PEOPLE" wypowiedziane tonem Cole'a Seara z Szóstego zmysłu.
Średnia wieku w autobusie +/- 65 lat, plus spora grupka ludzi w wieku produkcyjnym zapewne zmierzających do prac, szkół i uczelni, każdy jeden śpiąco-zamyślony, pouwieszani na poręczach, ściśnięci obok siebie, włażący sobie na nogi, latający jeden po drugim na ostrzejszych zakręach.
Oczywiście wszystko co starsze siedziało.
Babcie łypały na mnie groźnie kiedy zwolniło się trochę miejsca na jednym z 'popularniejszych przystanków', ale nie dałam się zastraszyć, usiadłam i wyciągnęłam notatki szybko chowając w nich nos pod pozorem pilnej nauki.
Cośtam próbowałam czytać, jednocześnie pisząc smsa, złorzecząc pod nosem, 'że tak wcześnie, kto to wymyślił zajęcia o takiej godzinie robić, w ogóle to kawy nie wypiłam, bez sensu' , drugą ręką wyciągając słuchawki coby jakkolwiek umilić sobie ten wtorkowy poranek.
Powoli zaczynała mnie opuszczać 'poranna faza', nawet jakieś optymistyczne przebłyski pojawiły się wraz ze słońcem nieśmiało wychodzącym zza chmur 'i w ogóle to błogo, ptaszki śpiewają, świat nie może być taki zły, o jakie słodkie dziecko sobie do szkółki hasa...'
i tutaj wkroczył pan z siatką.
Pan wiek średni, wąsik jak to na pana w wieku średnim przystało, taki z tych, co nie wybijają się w tłumie, szarość życia, praca i piwko przed TV.
Nie byłoby w nim nic złego, gdyby nie ta siateczka jego zasmolona.
Siedzę więc poddając się jakiejś w miarę błogości, nie zauważam co się dzieje, słucham muzyczki, staram się oderwać od życia na moment, czytam sobie notateczki, a ten mi tu z siatką z sokiem po ramieniu.
Sok w kartonie, kanciasty. Karton, nie sok.
Stanął nade mną ów chłopina, zapewne kompletnie nie zdający sobie sprawy z tego, co się dzieje z siatką.
Nie wiem tylko dlaczego przy prawie pustym autobusie on akurat się uwiesił nade mną, ale mniejsza z tym, nie wnikałam, może lubi, jak już tak musi to niech stoi, jego egzystencja sama w sobie mi ni zieje ni grzębi. Natomiast diableska siateczka zawieszona na jego przedramieniu już owszem. Wykonywała zgodnie z prawami fizyki ruchy wahadłowe w przód i w tył, skutecznie wżynając mi się kantem kartonu w ramię i niszcząc życie.
pac....pac....pac....pac....pac....pac....pac....pac....pac....
oko mi zadrgało.
faza poranna "mów do ręki' ewoluowała do "nie mów wcale i nie dotykaj, bo jeszcze raz i dostanę napadu apopleksji".
Stąd ów dialog na szczycie tej niesamowicie inspirującej notki.
Pan chyba się przestraszył wyrazu mojej twarzy, bo szybciutko usiadł na siedzieniu nieopodal kierowcy. Jakby, w razie czego, kierowca mu niby był w stanie pomóc. Hehehe
z informacji studenckich: dzisiaj zakończyłam zajęcia w reptach ze skutkiem pozytywnym zaliczając test końcowy, cośtam cośtam, idę dzisiaj na Śnieżkę i Łowcę i chciałabym żeby ktoś mi powiedział co się robi z małą ilością czasu i wielką ilością egzaminów i jeszcze większą niechęcią czy może nawet niemocą do nauki.
No co. Tym razem mam dobre wymówki żeby się nie uczyć.
PS wiem, notka miała być co miesiąc, ale jestem leniwa więc nie będzie co miesiąc i już.
Poza tym ja w ogóle nie wiem po co to wszystko piszę, nikomu to pożytku nie przynosi.
Ale przynosi mi, nie muszę się uczyć. :)
http://www.youtube.com/watch?v=A1efNYm5EhY
wtorek, 17 stycznia 2012
Co cię nie zabije to cię..dobije.
Na samym początku drodzy Czytelnicy mojego bloga (o ile tacy w ogóle istnieją, a śmiem wątpić, więc wychodzi na to, iż czuję niesamowity komfort pisania tego co i jak mi się żywnie podoba)
a więc drodzy Hipotetyczni Czytelnicy mojego bloga.
Chciałam Was przeprosić za pięciomiesięczną i trzydniową nieobecność.
To karygodne zaniedbanie wyniknęło z wielkiego zamieszania, jakie działo się podczas moich Wielkich Przenosin z Poznania do Katowic.
Po drodze miałam oczywiście ochotę stworzyć conajmniej 10 notek i głównie złorzeczyć w nich na moją nową "uczelnię", która robiła mnie w konia jak się jej żywnie podobało.
W zasadzie to powinnam się zamienić w konia już dawno temu. Mam wrażenie, że zarówno dziekanat oraz dział praktyk, wszystkie w nim wspaniałe panie zasiadające, kwestura i generalnie cały personel obsługujący owe wymienione wyżej podinstytucje, zasiedli pewnego sierpniowego wieczora przy stole, moje złożone na uczelnię dokumenty rozłożyli na całej jego szerokości i wykonali następujące czynności:
- zatańczyli zbiorowo na w/w stole lambadę, pasodoble i makarenę depcząc z umiłowaniem po moich zaświaczeniach, świadectwach, podaniach, wypisach, wpisach, potwierdzeniach i zaświadczeniach,
- z wielką uciechą polali sobie kilka głębszych rechocząc wesoło podczas czytania wszystkich tych papierków
- z mściwym wyrazem twarzy grali w kości, czy dopuścić mnie do "wskoczenia" na listę studentów
- trwonili pieniądze czyniąc zakłady, kiedy puszczą mi nerwy i zacznę strzelać z armaty w stronę budynku A (w którym wszelkie te instytucje się znajdują)
Owa impreza trwała (o ile dobrze liczę i odejmę czas przeprowadzki z Poznania do Katowic) na moje oko jakieś..3 miesiące.
Ale.
Czym ja się denerwuję.
Przecież studiuję.!
Czekam teraz na wyznaczenie mi różnic programowych (które notabene powinnam dostać na pięknie wydrukowanej karteczce tydzień po otrzymaniu decycji o zgodzie na przeniesienie.
Od pani z dziekanatu, która powinna mi ją podać na czerwonej poduszce ze złotymi frędzelkami zwisającymi z jej kątów [kątów poduszki, nie pani], czyniąc przy tym pokłon polegający na dotknięciu nosem podłogi, a nogami wykonując szpagat i śpiewając przy tym pieśń "Miserere nostri, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa")
Wcale nie drga mi już nerwowo oko, kiedy słyszę "nic jeszcze nie wiemy" albo "decyzja jeszcze nie została wydana, proszę przyjść za tydzień".
Przecież tarzanie się pod dziekanatem, czynienie pokłonów, kląskanie i pląskanie, robienie słodkich oczek, pokorny wyraz twarzy i stoicki spokój oraz opanowanie mam już nawet nie w małym palcu, a w małym paznokciu.
Tak czy inaczej i mimo wszystko - jest naprawdę fajnie.
Współlokatorki mam kultowe :)
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że w mieszkaniu trzeba zamontować dyktafony rejestrujące nasze pełne weny dialogi.
W końcu sześć bab w jednym mieszkaniu to wcale nie tak mało ;)
Ale o tym w następnej notce.
(obiecuję, jeszcze w tym miesiącu!)
pozdrawiam, S.
przebój sesjowy ZIMA 2012
a więc drodzy Hipotetyczni Czytelnicy mojego bloga.
Chciałam Was przeprosić za pięciomiesięczną i trzydniową nieobecność.
To karygodne zaniedbanie wyniknęło z wielkiego zamieszania, jakie działo się podczas moich Wielkich Przenosin z Poznania do Katowic.
Po drodze miałam oczywiście ochotę stworzyć conajmniej 10 notek i głównie złorzeczyć w nich na moją nową "uczelnię", która robiła mnie w konia jak się jej żywnie podobało.
W zasadzie to powinnam się zamienić w konia już dawno temu. Mam wrażenie, że zarówno dziekanat oraz dział praktyk, wszystkie w nim wspaniałe panie zasiadające, kwestura i generalnie cały personel obsługujący owe wymienione wyżej podinstytucje, zasiedli pewnego sierpniowego wieczora przy stole, moje złożone na uczelnię dokumenty rozłożyli na całej jego szerokości i wykonali następujące czynności:
- zatańczyli zbiorowo na w/w stole lambadę, pasodoble i makarenę depcząc z umiłowaniem po moich zaświaczeniach, świadectwach, podaniach, wypisach, wpisach, potwierdzeniach i zaświadczeniach,
- z wielką uciechą polali sobie kilka głębszych rechocząc wesoło podczas czytania wszystkich tych papierków
- z mściwym wyrazem twarzy grali w kości, czy dopuścić mnie do "wskoczenia" na listę studentów
- trwonili pieniądze czyniąc zakłady, kiedy puszczą mi nerwy i zacznę strzelać z armaty w stronę budynku A (w którym wszelkie te instytucje się znajdują)
Owa impreza trwała (o ile dobrze liczę i odejmę czas przeprowadzki z Poznania do Katowic) na moje oko jakieś..3 miesiące.
Ale.
Czym ja się denerwuję.
Przecież studiuję.!
Czekam teraz na wyznaczenie mi różnic programowych (które notabene powinnam dostać na pięknie wydrukowanej karteczce tydzień po otrzymaniu decycji o zgodzie na przeniesienie.
Od pani z dziekanatu, która powinna mi ją podać na czerwonej poduszce ze złotymi frędzelkami zwisającymi z jej kątów [kątów poduszki, nie pani], czyniąc przy tym pokłon polegający na dotknięciu nosem podłogi, a nogami wykonując szpagat i śpiewając przy tym pieśń "Miserere nostri, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa")
Wcale nie drga mi już nerwowo oko, kiedy słyszę "nic jeszcze nie wiemy" albo "decyzja jeszcze nie została wydana, proszę przyjść za tydzień".
Przecież tarzanie się pod dziekanatem, czynienie pokłonów, kląskanie i pląskanie, robienie słodkich oczek, pokorny wyraz twarzy i stoicki spokój oraz opanowanie mam już nawet nie w małym palcu, a w małym paznokciu.
Tak czy inaczej i mimo wszystko - jest naprawdę fajnie.
Współlokatorki mam kultowe :)
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że w mieszkaniu trzeba zamontować dyktafony rejestrujące nasze pełne weny dialogi.
W końcu sześć bab w jednym mieszkaniu to wcale nie tak mało ;)
Ale o tym w następnej notce.
(obiecuję, jeszcze w tym miesiącu!)
pozdrawiam, S.
przebój sesjowy ZIMA 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)