czwartek, 18 marca 2010
czwartek, 11 marca 2010
"Nie wiedziałam, że ser ma błonę." A poznaniacy są jak koty.
Buona sera, buona sera!*
Na próbie jak to na próbie, posiedziałam, pogadałam z artystami, dużo się pośmiałam i dużo nauczyłam… międzynarodowa obsada, przestawianie się z myślenia po angielsku na myślenie po włosku, w międzyczasie przeglądałam nuty które wprost z koperty przybyłej z Budapesztu wpadły w moje łapki…
Jutro już próba generalna a w sobotę premiera. I potem kolejna, i kolejna. Jak to mówił Franz Schalk… Każdy teatr to dom wariatów, ale opera to oddział dla nieuleczalnych. Jak się wpadnie to jak śliwka w kompot… ale tak to jest jak się człowiek zakocha – na amen! Niczym upiory snujemy się zatem po operze dygając napotkanym istotom antropomorficznym, oswajamy zarówno niekończący się labirynt korytarzy jak i poznaniaków, którzy są jak koty…
Taka na przykład Pani z piekarni. Zazwyczaj w sposób wprost niewiarygodny nieuprzejma. Dziś, a byłyśmy tam chyba już szósty czy siódmy raz – przemiła, uśmiechnięta, "dziękuję ślicznie"… poznaniacy stanowczo są jak koty i to jest moja refleksja finalna na dziś.
Siedzę z nutami i słucham… Áldjon Ég! Áldjon Ég…
S.
*czyt. błona sera, błona sera!... i w tym momencie zawsze przypomina się nam tekst Helmwigi: "Nie wiedziałam, że ser ma błonę..."
środa, 10 marca 2010
Powitanie :)
Zaczęło się od tego, że każda z nas, w bardziej lub mniej oryginalny sposób trafiła do Poznania.
Brunhilde (zwana też dobrą ciocią Ren) zwyczajnie zakochała się w tym mieście i z dziką przyjemnością złożyła papiery na UAM.
Tym samym, widząc pomaturalną depresję Helmwigi, załatwiła za nią złożenie papierów na tę samą uczelnię i zaciągnęła ją ze sobą.
Sieglinde po prostu nie mając się gdzie podziać i chcąc zostać w domu na wieki i pracować jako kasjerka w Biedronce (miała ambitny plan uczenia się śpiewu) popadła w niełaskę u Brunhildy. Ta kazała jej przyjechać, nie jęczeć i studiować.
Zatem owych pięknych wakacji 2009 dobra ciocia Ren znalazła mieszkanie na poznańskiej Wildzie, urządziła je… i tak we wrześniu zaczęła się nasza wspólna, czasami zawiła i pełna obelg droga.
Mieszkanie okazało się małe, ale na tyle przestronne, że każda z nas znalazła tu kąt dla siebie.
Na zachodzie króluje Helmwiege. Nieco przyciasny, zawalony zdjęciami i kurzem kąt z materacem, na którym znajduje się jej legowisko nocne.
Na wschodzie swe despotyczne rządy wiedzie Sieglinde, zamieszkując tapczan rozkładany sztuk jedna, komputer sztuk jedna z monitorem sztuk dwie, cały stos miśków i książek oraz kosmetyków i innych pierdół.
Na północy rządami sprawiedliwymi panuje Brunhilde. Zajmuje najmniej miejsca, umiejąc się w niezrozumiały sposób skompresować ze wszystkimi swoimi rzeczami tak, że są niewidoczne - gołym czy odzianym okiem.
Wszędzie walają się nuty (jako, że każda z nas z zamiłowania jest śpiewaczką), włosy (liniejemy na wiosnę, wszystkie mamy raczej długie kudły) i inne rupiecie z pastelami włącznie (Sieglinde maluje).
Trzy staniki zapraszają na (prawie)codzienną relację z naszego tragi-komediowego życia.
W rolach głównych występują : dobra ciocia Ren-Brunhilde, niespełniona Medea vel. Szop Kaja-Sieglinde i półtłusta jazzowa śpiewaczka Sara-Helmwige.
Imiona wagnerowskie mamy po Wagnerze, a trzy staniki bo długi czas nie miałyśmy firan, a naprzeciwko mieszkają sąsiedzi… o czym czasami zdarzało nam się zapominać.
Pozdrawiam
H. (korekta edytorska i insza S. :P )